I gnano dalej. Kurz łzawił i oślepiał oczy, dusił i wiercił w nosie. Pragnienie paliło gardła. .
I Laosem; ich losy nadal zdają się ściśle powiązane. Wszędzie indziej, co uderzające,. - Szczęście, iż od bitwy nie było deszczu. Baczcie jeno: koń Arnoldów, jako niosący męża nad miarę wielkiego, musiał też być ogromny, a i to łacno wymiarkować, że cwałując w ucieczce mocniej nogami bił w ziemię niż idąc powoli w tamtą stronę, a przeto i większe powybijał doły. Patrz, któren masz oczy, jako na wilgotnych miejscach znać podkowy! Da Bóg, wyślakujemy psubratów godnie, byle przedtem gdzie za murami ochrony nie znaleźli.. Matowe, szklane drzwi. Wyglądał jak ktoś, kto czeka, aż z biura wyjdzie przyjaciółka, z którą zje razem lunch, wypije drinka lub pojedzie do motelu niedaleko lotniska. W jego wyglądzie nie było niczego złowieszczego, ale w tym opanowaniu Michael dostrzegł groźną zapowiedź profesjonalizmu. Obydwaj jednak zachowywali zimną krew, obaj czekali i obaj byli zawodowcami. Michael miał niewielką przewagę: mógł obserwować korytarz z ukrycia, mężczyzna na korytarzu nie wiedział, co dzieje się wewnątrz toalety. Nie mógł też sobie pozwolić na odejście, na przykład do telefonu, bo gdyby zwierzyna znalazła się poza zasięgiem wzroku, mogłaby uciec. Nie śpiesz się. Zachowaj zimną krew. I koniecznie zniszcz swoje lewe papiery, bo one mogą zaprowadzić do R gine Broussac i pośrednika Jacoba Handelmana. Fałszywe nazwisko na liście pasażerów nie miało znaczenia, bo wrzucono je do pamięci bezmyślnego komputera, który nie może powiedzieć, kto nacisnął klawisz, ale dokumenty to zupełnie inna sprawa. Havelock porwał paszport na strzępki i spuścił go w kiblu. Scyzorykiem przeciął taśmę z napisem Diplomatique, która gwarantowała brak kontroli na cle i po wejściu do ostatniej z rzędu kabiny, otworzył walizeczkę. Spod złożonych ubrań wyjął pistolet llama o krótkiej lufie i okładkę zawierającą jego własne, jak najbardziej autentyczne dokumenty. Zamierzał jednak nie pokazywać ich w ogóle. W jego przybranej ojczyźnie rzadko kiedy sprawdzano dokumenty na ulicy, było to jedno z dobrodziejstw, za które był głęboko wdzięczny amerykańskim stróżom porządku i prawa. Kiedy Havelock niszczył podrabiane dokumenty, wkładał paszport w okładki i chował broń w odpowiednie miejsce, do służbowej toalety weszło jeszcze dwóch ludzi. Sądząc z rozmowy, byli to kapitan Air France i jego drugi pilot, którzy stojąc przed pisuarami, przeklinali biurokratyczną pisaninę przed odlotem i zastanawiali się za ile ich kubańskie cygara Monte Christo pójdą w "L'Auberge au Coin", restauracji na środkowym Manhattanie. Havelock zdjął marynarkę, zwinął ją w rulon i nadal tkwił w kabinie. Zerknął na zegarek - siedział tu już prawie piętnaście minut. Niedługo na pewno coś się stanie. Stało się. Białe stalowe drzwi uchyliły się powoli, a do środka wsunęła się krawędź złożonej gazety i część ramienia. Nieznajomy rzeczywiście był zawodowcem! Nie przyszło mu nawet do głowy chowanie broni pod marynarką lub płaszczem, za które przeciwnik mógł chwycić i użyć pistoletu przeciwko właścicielowi. Tylko gazeta, którą w każdej chwili bez trudu można odrzucić i oddać czysty strzał. Mężczyzna pośpiesznie wyszedł zza drzwi i oparł się plecami o metalową płytę. Omiótł wzrokiem ściany, wywietrzniki i rząd kabin. Po czym, usatysfakcjonowany, zgiął kolana i schylił się,ale najwyraźniej nie po to, żeby zajrzeć w prześwit pod drzwiami kilku pierwszych kabin, bo był odwrócony do Michaela tyłem. Co on u diabła robi?. Jar: Oj! źle by tam przejeżdżać po północku, nim kur zapieje.. - Dziewięciu naszych przeciwko dwudziestu pięciu Wietnamczykom? W nocy? Do tego w dżungli?. - Dzięki - powiedział Havelock i coś zanotował.. Podobnie jesteśmy przekonani, że bez tego, to znaczy bez.